sobota, 23 stycznia 2016

O czym myślimy gdy decydujemy się pracować?



Dzisiaj taki post o moich przemyśleniach co do pracy, w związku z tym, że zbliżają się ferie i zamierzam całe dwa tygodnie pracować. Od razu zaznaczam, że piszę tu o pracy na dorobienie a nie o stałym źródle dochodów. Jako, że zbliża się coraz szybciej dzień kiedy wyjadę z mojego rodzinnego miasta -  już dawno zaczęłam myśleć o zarobieniu i odłożeniu jakichś pieniędzy na czas studiów. Mam już za sobą pracę przy robieniu i sprzedawaniu waty cukrowej. Pracowałam tak na plaży w wakacje, jednak nie bardzo przypadło mi to do gustu. Samo robienie waty nie było takie złe bo ani to trudne ani skomplikowane ale siedzenie od rana do wieczora na plaży przy tej gorącej maszynie, bez żadnego daszka nad głową i miejsca z minimalnym cieniem.. wszyscy się kąpią a ty siedzisz - no koszmar! Do tego dochodziły całe roje pszczół czy os, dosłownie wszędzie. Robisz watę a tu osa cię gryzie ☺ Na moje nieszczęście albo i szczęście maszyna się popsuła..


Moją drugą pracą w ubiegłym roku była praca w lodziarni. Tu także było więcej minusów niż plusów. Po pierwsze nigdy wcześniej nie robiłam lodów z maszyn więc jeden dzień byłam tam całkowicie za darmo od 10 do 20. Chociaż już w godzinę nauczyłam się te lody robić i resztę dnia pracowałam normalnie jak reszta. Nie podobało mi się tam, że nie było gdzie usiąść, nie było kiedy zjeść, nie było ustalonych godzin kiedy jesteś w pracy a kiedy nie.. to znaczy ja takich nie miałam bo uważano mnie za nową - nowa to robi ile jej będą kazać. Wkurzała mnie atmosfera.. było widać granicę między starymi i nowymi pracownikami. Niczego się tam nie nauczyłam, tylko nastresowałam i to bardzo. Wracałam codziennie po 23 do domu wkurzona po 12 godzinach latania. Zaczęłam tam pracować w czerwcu a już w lipcu zrezygnowałam i postanowiłam pracować w Domu Seniora. To była moja trzecia praca jak do tej pory i najlepsza. Pracowałam tam całe dwa miesiące wakacji do samego początku roku szkolnego. Plusy były takie, że miałam codziennie wyznaczone godziny kiedy pracuję, wiedziałam ile zarobię, nie stresowałam się i nie marnowałam dnia na czekanie na telefon. Ponadto po pracy miałam czas dla siebie i Piotrka. Szybko mi mijały godziny, dosłownie nie zauważałam tam czasu. A ilu ciekawych ludzi poznałam ;).. trochę doświadczenia nabrałam. Spotkałam nawet psią koleżankę. Pewna Pani, emerytowana weterynarz mieszka tam ze swoją sunią Misią.

Właśnie tam będę pracować przez 2 tygodnie ferii, zaczynam od poniedziałku. Jestem ciekawa jak Misia się trzyma. Czekają mnie od czerwca długie wakacje bo aż 4 miesiące po maturze. Myślałam o pracy w sklepie zoologicznym. U mnie w mieście nie ma jakiś wystrzałowych zoologów tylko takie zwykłe, najzwyklejsze. Z drugiej strony nie chciałabym trafić do takiej pracy i ściemniać ludziom jak super jest kupić chomika z zoologa a najlepiej to kilka.. Może ktoś z Was ma doświadczenia związane z taką pracą? Jak to jest na prawdę z pracą w takich najzwyklejszych zoologicznych? Pracowaliście gdzieś kiedyś dorywczo? Jak to wspominacie? ☺

Udostępnij:

niedziela, 17 stycznia 2016

Kotełowy pies czy piesełowy kot? Czyli po prostu Fisiek...



Wszyscy życzą mi duuużo zdrowia a ja się jeszcze bardziej rozchorowałam. Jutro wolne więc w końcu mogłam spokojnie włączyć komputer i napisać tu coś po małej przerwie. Pogoda jest u nas w kratkę, jeden dzień ciepło i fajnie a w drugi -kilkanaście i ciężko wyjść z domu gdziekolwiek. Nareszcie mamy też śnieg! Dużo śniegu. Ostatnio tak padało, że odśnieżając samochód miałam wrażenie jakbym tego w ogóle nie zrobiła bo co wróciłam na początek to on był znowu cały w śniegu. A potem myślałam, że moja podróż skończy się na jakimś drzewie albo czymś innym - kierownica i hamulec odmawiały posłuszeństwa ale dałam radę i przeżyłam ☺. Jako, że wczoraj spotkaliśmy na swojej drodze pewnego kota, przez co dzisiaj Piotrek ma trochę inne łóżko niż zwykle, postanowiłam że napiszę dzisiaj o moim kocie - żeby tak tylko psowo nie było!

Moja babcia ma działkę bardzo blisko mojego osiedla przez co kiedyś spędzaliśmy tam mnóstwo czasu z rodziną. A w wakacje siedzieliśmy tam prawie całymi dniami. Moja mama zawsze chciała mieć kota w domu ale tata się nie zgadzał. I tak 12 lat temu w czerwcu, razem z dwójką mojego rodzeństwa bawiliśmy się na drodze prowadzącej do naszej działki. Rysowaliśmy coś na piasku. I nagle z trawy wybiegł malutki szary kot. Mama zawsze nam mówiła żebyśmy nie dotykali obcych kotów bo mogą nas podrapać więc jako małe dzieci baliśmy się go pogłaskać i wziąć na ręce a bardzo chcieliśmy pokazać go mamie. Wtedy ja wpadłam na super pomysł, że taki mały kociak na pewno pójdzie za źdźbłem trawy ciągniętym po piasku. Nawet to wychodziło ale kot bał się iść dalej a nasza działka była oddalona o jakieś 30-40 metrów. Zawołaliśmy mamę, która wzięła go na działkę i od razu wszyscy zainteresowali się kotem. Został okrzyknięty kotką :D i dali mu imię Pola. Oczywiście mama cały dzień z nim przesiedziała, tata był wściekły bo wiedział co się święci ale kota do domu nie pozwolił zabrać. Takim sposobem został on w domku na działce a w następne dni kiedy tylko rano tata szedł do pracy, mama szła na działkę i przynosiła kota do domu. I tak któregoś dnia chyba specjalnie go nie odniosła i kot został. A tata tak jak bardzo go wtedy nie chciał tak teraz to jego największy przyjaciel i nikomu by go nie oddał. Potem pojechaliśmy na pierwszą wizytę u weta - gdzie okazało się, że to jednak kocur. Pamiętam słowa weterynarza kiedy mama powiedziała, że myśleliśmy że to kotka i dostała imię Pola - "Zwierzęta nie odróżniają tego tak jak ludzie, więc jak państwu to nie przeszkadza to może być nadal kot Pola". Ale no jak to kocur i Pola by się nazywał. Ulubiony serial mamy z tamtych czasów to Rodzina zastępcza, w której był Filip zwany Fifim. A jak się rodziliśmy początkowo miało być dwóch chłopców i dziewczyna. A urodziły się dwie dziewczyny i chłopak, Więc mama chciała mieć Filipa, Maćka i Malwinę a ma Wiktorię, Malwinę i Maćka więc kot został Filipem. Teraz wszyscy mówią na niego Fifi.
Miał wtedy ok. 3 miesiące i podobno był bardzo duży jak na swój wiek. Pamiętam jak już go przygarnęliśmy, często zabieraliśmy go na działkę w wakacje. Pewnego dnia jakieś dzieciaki przyszły przed furtkę i zaczęły go wołać Maurycy!! Powiedziały, że to ich kot i że przywiozły go z Grunwaldu tutaj do babci a babcia go nie chciała i kazała im wypuścić na działki. Ehh biedny kotek! Maurycy jednak nie dawał po sobie znać, że nawet je zna ☺ Ja od dziecka marzyłam o psie i uwielbiałam wyprowadzać psy na spacery, więc obowiązkowym elementem wyposażenia Fiśka były szelki i smycz. Od małego chodziłam z nim na spacery i do tej pory to lubi. W ostatnie wakacje to nawet nie wiedziałam czy to jeszcze kot czy już pies bo potrafił codziennie o 22 stać pod drzwiami i miauczeć "Malwinnaaa chodźmy na spacer! Ja muszę iść na spacer" Sam schodził po schodach i szliśmy. Jak chyba większość kotów jest on ogromnym żarłokiem. Potrafi zjeść dosłownie wszystko. Kiedyś wybrzydzał a teraz wszystko by zjadł. Przez tyle lat walczyłam z rodzicami żeby go tyle nie karmili za każdym razem kiedy on chce ale jest to strasznie trudne kiedy nie może się samemu panować nad dietą pupila i kupować mu takiego jedzenia jakie by się chciało. Mimo tego, że całe życie spędził na leżeniu na słoneczku, jedzeniu i hasaniu po trawce nie chorował prawie w ogóle. Może z dwa razy miał koci katar w zimę. Teraz w listopadzie przeszedł kaliciwirozę według weterynarza. Na początku były podejrzenia, że to jakaś nieuleczalna choroba autoimmunologiczna co mnie bardzo przeraziło ale lekarze zastosowali zastrzyki przez około 3 tygodnie i jak na razie Fisiek jest zdrowy i nie wygląda na to żeby cokolwiek miało powrócić. Jednak zdaję sobie sprawę, że jest on już starszym kocim panem chociaż na takiego nie wygląda i kiedy na niego patrzę dalej widzę tego małego brzdąca sprzed 12 lat :)








Nie wyobrażam sobie teraz mojego domu bez niego. Mam wrażenie jakby on od zawsze tu był. Zawsze jest tam gdzie nie trzeba i pojawia się znienacka. Ma swoje ulubione miejsca i zabawy. Wie jak obudzić rodziców i dostać coś na ząb ☺ jak taki trochę rozpieszczony młodszy brat z kaprysami.  
Udostępnij:

sobota, 9 stycznia 2016

Monotonnie..

Hej Wam!

Ostatni tydzień był dla nas pod znakiem chorób i innych pechowych nieszczęść. W końcu jak jest za dobrze to musi się coś przypałętać.. Tak jest skonstruowany świat i nigdy nie wiadomo kiedy komuś się coś złego przytrafi. Musimy być po prostu na to lepiej przygotowani. Ja w związku z nagromadzeniem się w mojej głowie samych mądrych sformułowań, słów, tekstów, regułek i czego tylko dusza zapragnie (za dużo nauki, zdecydowanie) a także tego, że mam nakaz leżenia w łóżku przez problemy zdrowotne i bardzo słabe samopoczucie (a u mnie z tym bardzo ciężko, bo akurat kiedy muszę leżeć to nie mam na to najmniejszej ochoty a kiedy nie muszę i nie mogę to mam ogromną - ehhh tak to jest :P) postanowiłam dzisiaj zrobić sobie dzień lenia. Takiego ogrooomnego lenia. I odciążyć moją głowę jakąś ciekawszą i lżejszą książką niż biologia. 

U mnie na takie dni najlepiej sprawdzają się książki przygodowe albo fantastyczne. Lubię też czasami kryminały albo różnego rodzaju poradniki na interesujące mnie tematy. Uwielbiam serię Harrego Pottera. Obecnie chciałam przeczytać cały cykl Pretty Little Liars, może ktoś kojarzy. Jednak czas mi na to nie pozwala.. 




A wy lubicie czytać? Podawajcie swoje ulubione pozycje w komentarzach! A może jakieś ciekawe  i warte polecenia książki o psach? Ja zbieram się żeby przeczytać: Oczami psa. Ktoś czytał?
Udostępnij:

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Co ja w życiu robię?

Jak już wspominałam na początku tego bloga, moją pasją jest ratownictwo. Zaczęło się w podstawówce, trochę głupio bo byłam świadkiem takiej prawdziwej akcji ratowniczej z udziałem helikoptera na plaży i wtedy właśnie jako mały dzieciak powiedziałam sobie, że kiedyś też będę takim ratownikiem. No i tak mi zostało. Interesowałam się WOPRem, dużo pływałam, chodziłam na prawie wszystkie kursy pierwszej pomocy które były organizowane w szkole no i w ogóle byłam wszędzie tam gdzie działo się coś związane z pierwszą pomocą. Do WOPRu nigdy nie dołączyłam, może dlatego, że jako dziecko nie miałam tyle pieniędzy aby opłacić te wszystkie kursy, a trochę wtedy to kosztowało. A może dlatego, że los chciał inaczej i takim trafem znalazłam się w wieku 14 lat w Grupie Ratownictwa PCK w Ostródzie. Nawet nie wiecie jak się cieszyłam, że w końcu robię coś co zawsze chciałam robić i nikt mi w tym nie przeszkodzi. Kilka lat później w tej właśnie Grupie poznałam mojego Piotrka, oboje jesteśmy teraz Ratownikami KPP. Interesujemy się psami i mamy w planach powiązanie tych dwóch pasji w przyszłości. 




W sierpniu 2015 zostaliśmy zaproszeni na manewry ratownicze grup PCK z całej Polski, które odbywały się w Sarbinowie koło Koszalina. Pojechaliśmy tam w 6 osób, zabraliśmy cały potrzebny sprzęt, zapakowaliśmy karetkę i w drogę. Podróż trwała 6 godzin mimo to, że wszyscy myśleli, że będzie trwała o wiele mniej. Ale mi to nie przeszkadzało. Lubię jeździć, pomijając to że mam chorobę lokomocyjną która na całe szczęście już od jakiegoś czasu się nie objawia. Jak tam dotarliśmy to w mojej głowie krążyła tylko jedna myśl: "Czy tu będą jakieś grupy ratownicze z psami?!" ☺

Okazało się, że jedna taka przyjechała i nawet przywiozła ze sobą dwa psy ratownicze! Ostatniego dnia udało nam się ich złapać i chwilę pogadać na tematy psie. Jeden z ich psów które przywieźli to młoda, czekoladowa sunia labradora o imieniu Karmela a drugi to pies rasy wyżeł węgierski - Gandalf. Każdy z nich miał absolutnie inny charakter. Karmela ciągle biegająca, skacząca, chętna do zabawy, miziania, przynosząca piłkę i wszystko co się dało a Gandalf zrównoważony, spokojny, podchodzący z dystansem i bardzo posłuszny. Oba psy zrobiły na mnie duże wrażenie. Jeżeli chcecie poczytać o nich więcej, zapraszam Was tutaj: Zachodniopomorska Sekcja Poszukiwawczo-Ratownicza OSP Wołczkowo



 






Na koniec zrobiliśmy milion zdjęć wszyscy wszystkim jak to zawsze na tak dużych imprezach. Wróciliśmy zmęczeni i brudni :P ale zyskaliśmy trochę wiedzy, doświadczenia, poznaliśmy innych ludzi zajmujących się tym co my, albo tym czym my będziemy chcieli się zajmować (ratownictwo z psami). Każde doświadczenie w życiu jest ważne i uczy czegoś nowego, pamiętajcie!






Ratownictwo to jedna z tych rzeczy w moim życiu, dzięki którym wiem co chcę robić i kim być. Nauczyło mnie pokory, sumienności, podejścia do ludzi i tego, że każdy człowiek jest inny i należy o tym pamiętać w każdej sytuacji. Teraz nie potrafię przejść obok leżącego człowieka obojętnie, nawet jeśli wygląda jak pijany. Dużo osób się z tego śmieje, że po co, przecież to bezsensu... spytasz pijaczka czy wszystko z nim w porządku. A kiedyś każdy z nas może być w sytuacji, że właśnie ominął wielkim łukiem przysłowiowego poszkodowanego "pijaczka" a na drugi dzień w gazecie przeczytał, że ten "pijaczek" był starszym panem, który na ulicy dostał zawału i nikt mu nie pomógł bo był ubrany w stary dres i kapcie. Ten pan mógł akurat wyjść do sklepu, nie ubrał się elegancko bo wyjście miało trwać kilka minut. Mnie osobiście kiedyś spotkała sytuacja, w której kilkadziesiąt metrów od mojego domu leżał pan, była zima, -15 za oknem, śnieg po kolana, chodniki ledwo odśnieżone, cały śnieg leżał poukładany hałdami na trawnikach. I ten pan (był pijany, ale to nie zmienia faktu, że też jest człowiekiem) niefortunnie tracąc przytomność upadł właśnie na tą ogromną hałdę śniegu, a ubrany był bardzo grubo więc jego ciało spadało jakby nogami w dół a głowa została przyciśnięta do klatki piersiowej. I ten pan wydawał dziwne dźwięki. Stojący przy nim ludzie (jedna kobieta i trzech typków ok. 20 lat) zadzwonili po pogotowie i czekali. Wow - nie ominęli go, brawo! Jednak też nie mieli ochoty pomóc w czymkolwiek innym. Kiedy ja do niego podeszłam pan ewidentnie dusił się przez położenie własnego ciała. Głowa przyciśnięta do klatki piersiowej blokowała mu drogi oddechowe. Wiecie co zrobiłam? Spytałam trzech chłopaków czy pomogą mi go przenieść na chodnik, żeby leżał na płasko. Zaśmiali się i ani jeden z nich się nie ruszył. Przeniosłam go sama (właściwie przesunęłam po śniegu bo ciężko powiedzieć, że drobna dziewczyna dałaby radę przenieść wielkiego chłopa) i pan zaczął oddychać normalnie.

Nie życzę nikomu takiej sytuacji, ale jest to dosyć przykre. Ludzie powinni uczyć się empatii od zwierząt. Może wtedy widać by było te zwykłe ludzkie odruchy na ulicy, chęć pomocy i życzliwość. Pies nie pyta czy chcesz pomocy, miłości, pocieszenia on Ci to da bez względu na wszystko. Chyba właśnie za to je kocham. Za ich wierność i oddanie.
    
    
Udostępnij:

sobota, 2 stycznia 2016

Sylwester z... Harnasiem!

Nowy rok. Nowy, pusty kalendarz i puste kartki do zapisania - albo też w moim przypadku elektroniczne kartki w telefonie. Kolejne postanowienia i cele do zrealizowania. Ale wróćmy jeszcze na moment do ostatnich chwil 2015 roku. Wiadomo, wszyscy zastanawiają się zawsze jakby to najlepiej spędzić sylwestra, jak się ubrać, co przygotować do jedzenia, picia albo też na który bal sylwestrowy się wybrać. My w tym roku nie mieliśmy jakichkolwiek planów na tę noc. Mieliśmy spędzić go w domu, narobić jedzenia - bo przecież raz w roku można, a co! I oglądać sylwester z Polsatem. ☺

Kilka dni przed okazało się, że siostra Piotrka wybiera się do znajomych razem ze swoim mężem a jej piesy zostają same w domu, z czego jeden panicznie boi się fajerwerków. No to nasze plany się zmieniły. A właściwie lokalizacja. Z tym dodatkiem, że pilnowaliśmy Harnasia i Sary. Nie było najgorzej bo dom położony jest bardzo daleko od centrum naszego miasta i ludzie aż tak tam nie strzelali, ale po północy Harnaś był nieco przerażony. Chował się i tulił, nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Za to Sara nie słyszała nic, po prostu sobie spała.




Harnaś to taka mała zaczepka, rozrabiaka. Wszędzie chce być, wejść, wskoczyć. Najlepiej jakby ciągle go ktoś głaskał i bawił się z nim. Taki mały potworek ☺tornado!




Sara za to jest ogromnym owczarkiem niemieckim. Bardzo spokojna, uwielbia jak się ją głaszcze po brzuchu - wtedy to się wywali do góry łapami i tylko głaszcz człowieku nie przestawaj! Jest już staruszką i dużo leży bo ma problemy z chodzeniem. Czasami jak zobaczy, że ktoś zajmuje się Harnasiem a nie nią to zaczyna szczekać, wyć i wszystko co możliwe aż do niej nie podejdziesz i nie zaczniesz jej głaskać. Słodki olbrzym.






Tak mi się chciało spędzić sylwestra, zwłaszcza, że ze względu na moje powracające i jeszcze nie do końca ogarnięte problemy ze zdrowiem i tak i tak byłam zmuszona spędzić go "na spokojnie". Za to w pierwszy dzień Nowego Roku przeszliśmy się trochę wieczorem. Założyliśmy czapki, kaptury, rękawiczki bo było -10 na dworze. Spacer dobrze robi i wtedy najwięcej chce mi się gadać. Dzisiaj za oknem pogoda jak wczoraj ale mamy w planach przejść się nad jezioro, mam trochę niepotrzebnego chleba dla naszych Ostródzkich kaczek i łabędzi. 

Co do 2016... to będzie dla mnie trochę przełomowym i bardzo trudnym rokiem, ale jak wszystko się uda to będę najszczęśliwszą osobą na ziemi! Wyprowadzę się do wymarzonego dużego miasta. Może zacznę realizować moje największe marzenie posiadania psa. Chciałabym być na to przygotowana w 100%. Żeby to nie było na zasadzie: chcę teraz i koniec. Ale wszytko okaże się z czasem, a marzenia są po to aby je spełniać. A ja w tym roku zrobię wszystko aby dążyć do spełnienia moich ☺

Chciałabym podziękować przy okazji Wam - za ponad 500 wyświetleń! Jest to mój trzeci wpis na tym blogu i nie spodziewałam się tak dużego zainteresowania w tak krótkim czasie. Wiem, że prowadzenie bloga wymaga cierpliwości i systematyczności a także głowy pełnej pomysłów. I tak właśnie w tym roku chciałabym działać. Zrobić w końcu COŚ. Dziękuję też za 13 obserwowań! To takie motywujące. Widzieć, że jest ktoś kto jednak chciałby poczytać coś więcej na tym blogu. ;)


Miłego dnia i do zobaczenia wkrótce!
Udostępnij:

Obserwują nas